„Gniew Atlantydy” pachniał stalą okrętowych kadłubów i szumem satelitarnych łączności. „Krew i Atrament” pachnie topionym woskiem pieczęci, wilgocią paryskiego rynsztoka i zimnym, mokrym kamieniem lochu.
Pytacie mnie w rozmowach: skąd tak drastyczna zmiana dekoracji? Dlaczego zamieniłem nowoczesną technologię na wiek XVII i XVIII?
Odpowiedź jest prostsza, niż się wydaje.
Zemsta nie ma epoki
Niezależnie od tła historycznego czy dekoracji, w moich książkach od zawsze chodzi o jedno: co robi człowiek, gdy odbierze mu się absolutnie wszystko?
W technothrillerze dałem bohaterowi zaawansowany sonar, wsparcie technologii i wyszkolony zespół. W „Krwi i Atramencie” odarłem go ze wszystkiego. Zostawiłem go całkowicie samego – ze staropolską karabelą w jednej dłoni, francuską szpadą w drugiej i czarną listą nazwisk w głowie. Mechanizm ludzkiej psychiki i woli przetrwania jest dokładnie ten sam, tylko obnażony do żywego mięsa.
„Hrabia Monte Christo” siedzi we mnie od dziecka. Chciałem stworzyć własną, surową wersję tej historii – osadzoną w realiach przełomu XVII i XVIII wieku, gdzie szlachecka karabela zderza się z elegancją francuskiego fechtunku. Jan Kanty walczy dwoma stylami naraz, bo po prostu należy do dwóch różnych światów.
Co było największym wyzwaniem?
Przeskok gatunkowy wymagał ode mnie przestawienia całego pisarskiego warsztatu. Najtrudniejsze były dwa elementy:
-
Rytm i tempo opowieści: Technothriller wybacza wiele – pozwala ciąć sceny dynamicznie jak w filmie akcji i operować wybuchami. Powieść płaszcza i szpady żyje czymś innym. Musiałem zwolnić rękę i zaufać, że pojedyncze, dobrze skonstruowane zdanie potrafi zbudować potężniejsze napięcie niż eksplozja.
-
Anatomia starcia: Opisanie pchnięcia szpadą czy cięcia karabelą wymaga zupełnie innej wiedzy niż opis torpedy. Spędziłem tygodnie nad dawnymi traktatami szermierczymi, a moje social media opanowały sceny walki na szpady i szable. Chciałem, aby każdy pojedynek był technicznie dokładny, mięsisty i prawdziwy – tak, by kogoś, kto wie, jak trzyma się broń w ręku, nie raził żaden fałszywy ruch.
Czy porzucam technothrillery?
Spokojnie – absolutnie nie! Traktuję to po prostu jak uruchomienie drugiego stanowiska w tym samym warsztacie . Pisarz potrzebuje czasem zmienić narzędzia, by nie wpaść w rutynę.
Wrócę do szumu sonarów i współczesnych konfliktów. Ale najpierw… mam do opowiedzenia historię ośmiu lat czekania, zdrady i krwawego wyrównywania rachunków.
„Krew i Atrament” trafia do sprzedaży już 25 sierpnia! Gotowi na starcie staropolskiej karabeli z francuskim dworem?